Kobieta to dobry biznes. Nawet bardzo dobry. Napiszę dobitniej, na nas kobietach najłatwiej jest zarobić. Zostałyśmy wpuszczone jak chomik w kołowrotek, biegniemy, ścigamy się ze sobą, która ładniejsza, bardziej zadbana, modniejsza, która ma więcej kosmetyków, ładniejsze paznokcie, ładniej ubrane dziecko, więcej produktów do sprzątania domu. Prezentujemy swoje pękające w szwach szafy, toaletki z dziesiątkami kosmetyków. Ktoś nam wmówił( reklama), inna kobieta, żeby być zadbaną, dobrą mamą, panią domu musisz wydawać na coraz to nowe buteleczki, ciuszki, pasemka i wiele innych.
KOBIETA MODNA
Powtórzę, wiele osób na nas kobietach ma genialny biznes. Ktoś próbuje nas gorąco przekonać, że moda zmienia się co sezon a Ty kobieto musisz mieć kopertówkę w cętki. Zastanawiasz się czemu w jednym miesiącu królują pastele, w następnym neony, raz rurki raz dzwony...Dlaczego ktoś Ci mówi, że co sezon masz się ubierać w określony sposób, mimo że, w tych neonach i tygrysach czujesz się zwyczajnie głupio? Ano, przemysł odzieżowy, galerie handlowe, butiki ciągną miliony od kobiet, które z każdą wypłatą muszą kupić nowy ciuch. Łatwo jest na kobietach zarobić, najłatwiej. Powiedz facetowi, by w tym sezonie kupił sobie pastelowy T-shirt...On nie da się nabrać.
KOBIETA ZADBANA
Z moich obserwacji wynika, że dzisiejsza kobieta zadbana to ta która swoje zadbanie potwierdza tonami kosmetyków, kilogramami ciuchów, znakami po wizycie u kosmetyczki i fryzjera. Z każdym rokiem przybywa kosmetyków, które powinnaś kupić: fluid,baza pod fluid, cień, baza pod cień, toner, róż, kredka do oczu, kredka do ust, pomadka, balsam do ust, tusz....
Niedawno kosmetyczka powiedziała mi, że mam tak świetnie nawilżoną cerę, że nie powinnam się malować do 30 roku życia, ponieważ kładąc chemię na zdrową cerę, niszczę ją, zaleciła mi tylko lekki krem z filtrem.(Ziaja za 10zł). Następnie zapytałam się konsultantki z Avonu czy mogłaby mi polecić jakieś kosmetyki do twarzy i do make-upu, bo ja się nie znam.
Pani konsultantka poleciła mi 8 kosmetyków do twarzy, w tym: krem przeciwzmarszczkowy(bo mam 25+), pod oczy, na dzień i na noc i trzynaście do makijażu, bez badania cery, wiem, liczyły się punkty i kasa.
Ktoś Ci powie, żeby być piękną trzeba wydawać, bo przecież ktoś musi na tym zarabiać...Najlepiej co miesiąc biegaj do fryzjera i kosmetyczki, zostawiaj tam pieniążki, byle tylko nie dostać metki zaniedbanej.W dzisiejszych czasach kobieta zadbana bez wydawania pieniędzy to cud nad Wisłą....nie da się tak powie Ci koleżanka, kosmetyczka i czasopismo, gdyż w ten sposób nie zrobią na Tobie biznesu.
KOBIETA LUKSUSOWA
Wystarczy napisać, że kosmetyk jest elitarny a będzie miał taki popyt, że aż miło. Pani będzie miała złudzenie luksusu, firma kosmetyczna luksus na koncie.
DOBRA MATKA
Ostatnio spotkałam się z reklamą zestawu drogich kosmetyków dla dzieci, widniał na nich slogan dobra mama, niżej jeśli jesteś dobrą mamą kupisz nasz zestaw swojemu dziecku. Kasę za wartość zestawu wrzuciłam dziecku do skarbonki a dziecko myję w Ziajce. Uwierz, matka to dobry biznes, Twoje dziecko nie potrzebuje drogich kosmetyków. Po urodzeniu dziecka zaczyna się prześciganie w propozycjach co matka powinna kupić dziecku, lista ta nie ma końca... Czy producent kropli do nosa powie wam, że katar u niemowlaka można leczyć mlekiem matki? Nigdy w życiu, w ten sposób nie zarobi... Mamy to prawdziwa żyła złota dla producentów.
Z czasów szkolnych pamiętam, iż dzieci najbardziej wykształconych rodziców zwykle chodziły w ubraniach po rodzeństwie, dzisiaj mają one najbardziej poukładane w głowach, ponieważ żyją dla pasji, samorealizacji a nie dla zakupów, mody i rzeczy.
PERFEKCYJNA PANI DOMU
W dzisiejszych czasach idealna gospodyni powinna mieć osobny produkt do mycia lodówek, osobny do piekarników, osobny do blatów, osobny do podłogi, osobny do wc, osobny do mycia wanny,osobny do mycia okien. Kiedyś do sprzątania wystarczała soda oczyszczona, jednak producent sprzedając samą sodę nic nie zarobi, ale jak wpadniesz w pułapkę, każdy produkt do czego innego to już całkiem przyjemny zysk.
Podsumujmy niech przeciętna kobieta raz na trzy miesiące na każdy podpunkt wyda
100zł x 5=500zł.
500x4=DWA TYSIĄCE.
Co jeśli takie pieniądze wydajemy nie raz na trzy miesiące zaś co miesiąc?
Gdybyś w tej chwili miała dwa tysiące w kieszeni na co byś je wydała? Na ciuchy i kosmetyki czy może na coś porządnego? Ja to drugie...
Był taki czas, że tkwiłam na pasku koncernów. Wydawało mi się, że muszę kupować, następnie w połowie miesiąca nie miałam kasy a uwierzcie kosmetyków kupowałam bardzo mało: raz w miesiącu szminka, kosmetyk do sprzątania domu i niebieski papierek znikał.Wiele razy zdarzało się, że cudowny kosmetyk, z przecudownym opisem
producenta był taką lipą, że używałam go dlatego, iż szkoda mi było go
po prostu wyrzucić.
Byłam jedną z tych kobiet co to nie potrafią odkładać. Chciałam wczasy,meble,kursy a wydawałam mini-ratki na ciuchy i kosmetyki. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że nie jestem zadbana i modna tylko rozrzutna i naiwna.
Zrobiłam sobie roczny detoks i na kosmetyki,ubrania postanowiłam wydawać 10-20% z dotychczasowych zakupów. Po dwóch tygodniach okazało się, że pieniądze przyjemnie szeleszczą w portfelu, że mam z czego odkładać na plany, marzenia.
Dzisiaj używam minimum, resztę wrzucam do skarbonki i wreszcie mam z czego oszczędzać na prawdziwe marzenia a nie te które producent mi wmówił, by na mnie zarobić. Bella vita :)
sobota, 21 marca 2015
niedziela, 8 marca 2015
Herve Tullet
Za każdym razem, gdy pierwszy raz oglądam książki dla dzieci Tulleta mam wątpliwości. Cena wysoka, wewnątrz kropki, bazgroły, mało tekstu. Na pierwszy rzut oka wydają się dziwne, nietypowe, napisane byle jak.Za każdym razem mylę się...
Za każdym razem, gdy czytam je mojej latorośli słucha ona z wielkimi oczami. Bierze aktywny udział, emocje sięgają zenitu. Co w nich jest, że mała je wprost uwielbia?
Za każdym razem, po przeczytaniu wybranej książki Tulleta, słyszę Jeszcze raz i jeszcze i jeszcze.
Następnie mała bierze książkę, sama sobie ją opowiada, naciska, potrząsa, klaszcze.
Ile razy można czytać to samo? Książki Tulleta są wymęczone, wygniecione, pomazane od ciągłego użytkowania, ciągle wracamy do nich z wielką przyjemnością.
Był taki czas, gdy pytałam się: która książeczkę przeczytamy? O kropkach! (Naciśnij mnie) Padała odpowiedź. Teraz dla odmiany na tapecie jest książka A gdzie jest tytuł?
Moja córka jest zachwycona, że może poznać autora, pomalować mu pokój, porozmawiać z bohaterami, zapalać i gasić światło.
Książki Tulleta są dla dziecka atrakcyjniejsze od bajek w telewizji.
Dla mnie wielkie WOW!
Za każdym razem, gdy czytam je mojej latorośli słucha ona z wielkimi oczami. Bierze aktywny udział, emocje sięgają zenitu. Co w nich jest, że mała je wprost uwielbia?
Za każdym razem, po przeczytaniu wybranej książki Tulleta, słyszę Jeszcze raz i jeszcze i jeszcze.
Następnie mała bierze książkę, sama sobie ją opowiada, naciska, potrząsa, klaszcze.
Ile razy można czytać to samo? Książki Tulleta są wymęczone, wygniecione, pomazane od ciągłego użytkowania, ciągle wracamy do nich z wielką przyjemnością.
Był taki czas, gdy pytałam się: która książeczkę przeczytamy? O kropkach! (Naciśnij mnie) Padała odpowiedź. Teraz dla odmiany na tapecie jest książka A gdzie jest tytuł?
Moja córka jest zachwycona, że może poznać autora, pomalować mu pokój, porozmawiać z bohaterami, zapalać i gasić światło.
Książki Tulleta są dla dziecka atrakcyjniejsze od bajek w telewizji.
Dla mnie wielkie WOW!
czwartek, 19 lutego 2015
Dlaczego iskierka zgasła?
Moje dziecko przed snem zaczyna śpiewać Z popielnika na Wojtusia....
Myślę, że nauczyła się w przedszkolu. Ja śpiewałam tę kołysankę sporadycznie, gdyż wydawała mi się depresyjna i ponura i chyba dla starszych dzieciaków, bo jak wytłumaczyć dwulatkowi co to Baba Jaga i czemu Wojtuś płacze...
W przedszkolu widocznie podczas leżakowania odtwarzano ją dzieciom. Córka dochodzi do momentu...iskiereczka zgasła...oczy zachodzą łzami...
-dlaczego zgasła iskiereczka?
- iskiereczka to taki mały ogień, gaśnie jak świeczka,gdy w nią dmuchasz-tłumaczymy
-ale dlaczego zgasła?
-tak jak gwiazdki mrugają i gasną, podobnie iskierka
-ale dlaczego zgasła?-łzy w oczach
-może chciało jej się spać-zmieniamy taktykę-jak się wyśpi to się zaświeci
Za chwilę:
- czemu iskiereczka zgasła?
-zaśpiewajmy inną kołysankę, może o kotku Aaaa kotki dwa...
-ale zgasła naprawdę? po co?-przerywa nam dziecko
-gdzie jest iskiereczka? poszukam ją...
-to tylko piosenka-kolejna zmiana taktyki-w niej wszystko jest na niby, ten pan co śpiewa wymyślił sobie iskiereczkę...
-nie,iskiereczka jest smutna, bo zgasła-podnosi się-ja też zgasnę?
- zgasnąć może tylko to co się pali, przecież nie jesteś świeczką-próbujemy ją rozbawić i ominąć refleksje natury filozoficznej
Leży, zamyka oczy, i nagle słyszymy:
-...ale dlaczego ta iskierka zgasła?
Myślę, że nauczyła się w przedszkolu. Ja śpiewałam tę kołysankę sporadycznie, gdyż wydawała mi się depresyjna i ponura i chyba dla starszych dzieciaków, bo jak wytłumaczyć dwulatkowi co to Baba Jaga i czemu Wojtuś płacze...
W przedszkolu widocznie podczas leżakowania odtwarzano ją dzieciom. Córka dochodzi do momentu...iskiereczka zgasła...oczy zachodzą łzami...
-dlaczego zgasła iskiereczka?
- iskiereczka to taki mały ogień, gaśnie jak świeczka,gdy w nią dmuchasz-tłumaczymy
-ale dlaczego zgasła?
-tak jak gwiazdki mrugają i gasną, podobnie iskierka
-ale dlaczego zgasła?-łzy w oczach
-może chciało jej się spać-zmieniamy taktykę-jak się wyśpi to się zaświeci
Za chwilę:
- czemu iskiereczka zgasła?
-zaśpiewajmy inną kołysankę, może o kotku Aaaa kotki dwa...
-ale zgasła naprawdę? po co?-przerywa nam dziecko
-gdzie jest iskiereczka? poszukam ją...
-to tylko piosenka-kolejna zmiana taktyki-w niej wszystko jest na niby, ten pan co śpiewa wymyślił sobie iskiereczkę...
-nie,iskiereczka jest smutna, bo zgasła-podnosi się-ja też zgasnę?
- zgasnąć może tylko to co się pali, przecież nie jesteś świeczką-próbujemy ją rozbawić i ominąć refleksje natury filozoficznej
Leży, zamyka oczy, i nagle słyszymy:
-...ale dlaczego ta iskierka zgasła?
Dieta mamy dwulatka
Dużo mówi się o diecie kobiety w ciąży, mamy karmiącej i o żywieniu dziecka. Literatura milczy natomiast na temat mam starszych dzieci. Prawda jest taka, że kobieta próbująca łączyć pracę zawodową z macierzyństwem sama nie ma czasu jeść. Wypije kawę, zje w pracy na szybko kanapkę, po powrocie zajmuje się dzieckiem, gdy je uśpi sama idzie spać odpuszczając kolację. Po jakimś czasie czuje, że słabnie, jednak nie ma czasu zadbać o swoją dietę.
Dla odmiany musi balansować między lekkostrawną dietą dziecka i nierzadko ciężkostrawną,polską kuchnią reszty. Dieta kobiety powinna diametralnie różnić się od diety mężczyzny i żywienia dziecka.
Po rozmowie z młodym matkami wnioski są następujące:
- początkowo matka prawie nic nie je, by nie zaszkodzić dziecku
-matka prawie nic nie je bo nie ma czasu albo apetytu by jeść
-matka prawie nic nie je, bo jest na diecie (zrzuca kilogramy po ciąży lub boi się przytyć/utrzymuje wagę).
Organizm kobiety bardzo często wystawiany jest na próbę: poród, połóg, produkcja mleka i inne wydarzenia, które nie przytrafiają się panom i dzieciom.Dieta mamy, każdej kobiety powinna być wyjątkowo dopracowana. Nie możemy funkcjonować na resztkach paliwach, nasz organizm musi być przygotowany na wszelkie wyzwania.
Dieta kobiety zatem powinna być przemyślana. Dzień bez warzyw to dzień stracony.
Na talerzu kobiety połowę powinny zajmować warzywa lub jeśli jemy na słodko połowę zajmą owoce. Resztę białko, nabiał, zboża, kasze.
Do picia minimum szklanka wody z cytryną na trzy godziny oraz koktajle warzywno-owocowe.
Dla odmiany musi balansować między lekkostrawną dietą dziecka i nierzadko ciężkostrawną,polską kuchnią reszty. Dieta kobiety powinna diametralnie różnić się od diety mężczyzny i żywienia dziecka.
Po rozmowie z młodym matkami wnioski są następujące:
- początkowo matka prawie nic nie je, by nie zaszkodzić dziecku
-matka prawie nic nie je bo nie ma czasu albo apetytu by jeść
-matka prawie nic nie je, bo jest na diecie (zrzuca kilogramy po ciąży lub boi się przytyć/utrzymuje wagę).
Organizm kobiety bardzo często wystawiany jest na próbę: poród, połóg, produkcja mleka i inne wydarzenia, które nie przytrafiają się panom i dzieciom.Dieta mamy, każdej kobiety powinna być wyjątkowo dopracowana. Nie możemy funkcjonować na resztkach paliwach, nasz organizm musi być przygotowany na wszelkie wyzwania.
Dieta kobiety zatem powinna być przemyślana. Dzień bez warzyw to dzień stracony.
Na talerzu kobiety połowę powinny zajmować warzywa lub jeśli jemy na słodko połowę zajmą owoce. Resztę białko, nabiał, zboża, kasze.
Do picia minimum szklanka wody z cytryną na trzy godziny oraz koktajle warzywno-owocowe.
wtorek, 17 lutego 2015
Adaptacja już za nami....
Od dawna wiedziałam, że będę zajmowała się moją córką do wieku przedszkolnego w domu. Potem zaś planowałam pogodzić pracę z macierzyństwem. Odkąd moje dziecko skończyło dwa latka zaczęłam planować zapisanie mojej córki do przedszkola. W przekonaniu tym utwierdziła mnie zachęta pediatry. Wiedziałam też, że edukacja przedszkolna będzie miała pozytywny wpływ na moją jedynaczkę. Żaden dom nie zapewni dziecku tyle atrakcji i form rozwoju na wielu płaszczyznach co dobre przedszkole.
Każdy rodzic na początku obawia się , że za wcześnie jeszcze na przedszkole. Moja córka miała równo 2,5 roku. Uczyłam się przecież na studiach , że nieliczna grupa dzieci jest niedojrzała emocjonalnie do rozłąki z dotychczasowym opiekunem. W dodatku jedynaki i dzieci, które spędzały czas głównie z jednym opiekunem wykazują większe problemy z adaptacją.
Moje dziecko wyjątkowo sprawnie przeszło adaptację do przedszkola. Pomógł nam z jednej strony fakt, że zapisaliśmy ją pod koniec pierwszego semestru, gdy już pozostałe dzieci nie płakały, z drugiej strony nie wpoiliśmy jej strachu przed ludźmi i obcymi miejscami.
Adaptację przerywały nam dwie dwutygodniowe infekcje. Dziecko przed infekcją robiło się marudne, płakało w przedszkolu i po infekcji, odzwyczajało się od zasad przedszkolnych. Dzisiaj myślę, że adaptację przeszliśmy wyjątkowo sprawnie. Moje dziecko na przedszkole mówi drugi domek. Ma kolegów i koleżanki, teatrzyki i wydarzenia przedszkolne, plastykę i rytmikę. Ja cieszę zaś, że nie czekałam z zapisem do września, ponieważ moje dziecko wiele by straciło.
Mimo, że adaptacja przebiegała sprawnie były w jej trakcie dni, gdy naprawdę zastanawiałam się czy dobrze zrobiłam. Pierwsze dni w przedszkolu dziecku przypadły do gustu: nowe zabawki, plac zabaw, dzieci. Później zaczęło się przeziębienie, marudzenie, łezki w oczach. Pytania: gdzie jest mama, kiedy wrócisz, już byłam w przedszkolu i wystarczy. Płacz spowodowany tym, że trzeba sobie radzić samemu i że, trzeba pracować w grupie, przecież dotychczas rodzice kręcili się w życiu dziecka dziecka jak planety wokół słońca. Dla rodziców ból serca i ścisk w żołądku, bo dziecko daje do zrozumienia, że chce chodzić do przedszkola....ale z nimi. Rodzice muszą natomiast wyjść a potem biczować się w myślach przez cały dzień.
Dorośli też nie ułatwiają adaptacji. Pewnego razu w szatni pewna kobieta powiedziała do dokazującego pięciolatka: jak się nie uspokoisz to po ciebie nie przyjdę i zostaniesz sam na noc w przedszkolu. Pięciolatek tylko się roześmiał, wiedział, że mama tylko go straszy, lecz mojemu dziecku będącemu czwarty dzień w przedszkolu oczy zrobiły się wielkie ze strachu i od tej pory zaczął się płacz w przedszkolu. Takich przykładów mających nastraszyć dziecko było jeszcze kilka. W tej kwestii dorośli są bardzo kreatywni. Cieszę się, że moje dziecko potrafi już mówić i gdy usłyszy coś takiego od razu mi przekazuje kto i co powiedział.
Były takie dni w ciągu pierwszego miesiąca, gdy zastanawiałam się czy moje dziecko w przedszkolu kiedykolwiek się zaadaptuje. Bałam się, że płacz za nami będzie trwał przez wiele miesięcy. W praktyce po dwudziestu dniach przecinanymi dwiema dwutygodniowymi infekcjami usłyszałam, że w przedszkolu fajnie było.Płacz wynikający z tęsknoty za rodzicami się skończył. Od tamtej pory prawie codziennie słuchamy opowieści, że jedzonko było pyszne i jak świetnie się bawiła. Ufff :)
Każdy rodzic na początku obawia się , że za wcześnie jeszcze na przedszkole. Moja córka miała równo 2,5 roku. Uczyłam się przecież na studiach , że nieliczna grupa dzieci jest niedojrzała emocjonalnie do rozłąki z dotychczasowym opiekunem. W dodatku jedynaki i dzieci, które spędzały czas głównie z jednym opiekunem wykazują większe problemy z adaptacją.
Moje dziecko wyjątkowo sprawnie przeszło adaptację do przedszkola. Pomógł nam z jednej strony fakt, że zapisaliśmy ją pod koniec pierwszego semestru, gdy już pozostałe dzieci nie płakały, z drugiej strony nie wpoiliśmy jej strachu przed ludźmi i obcymi miejscami.
Adaptację przerywały nam dwie dwutygodniowe infekcje. Dziecko przed infekcją robiło się marudne, płakało w przedszkolu i po infekcji, odzwyczajało się od zasad przedszkolnych. Dzisiaj myślę, że adaptację przeszliśmy wyjątkowo sprawnie. Moje dziecko na przedszkole mówi drugi domek. Ma kolegów i koleżanki, teatrzyki i wydarzenia przedszkolne, plastykę i rytmikę. Ja cieszę zaś, że nie czekałam z zapisem do września, ponieważ moje dziecko wiele by straciło.
Mimo, że adaptacja przebiegała sprawnie były w jej trakcie dni, gdy naprawdę zastanawiałam się czy dobrze zrobiłam. Pierwsze dni w przedszkolu dziecku przypadły do gustu: nowe zabawki, plac zabaw, dzieci. Później zaczęło się przeziębienie, marudzenie, łezki w oczach. Pytania: gdzie jest mama, kiedy wrócisz, już byłam w przedszkolu i wystarczy. Płacz spowodowany tym, że trzeba sobie radzić samemu i że, trzeba pracować w grupie, przecież dotychczas rodzice kręcili się w życiu dziecka dziecka jak planety wokół słońca. Dla rodziców ból serca i ścisk w żołądku, bo dziecko daje do zrozumienia, że chce chodzić do przedszkola....ale z nimi. Rodzice muszą natomiast wyjść a potem biczować się w myślach przez cały dzień.
Dorośli też nie ułatwiają adaptacji. Pewnego razu w szatni pewna kobieta powiedziała do dokazującego pięciolatka: jak się nie uspokoisz to po ciebie nie przyjdę i zostaniesz sam na noc w przedszkolu. Pięciolatek tylko się roześmiał, wiedział, że mama tylko go straszy, lecz mojemu dziecku będącemu czwarty dzień w przedszkolu oczy zrobiły się wielkie ze strachu i od tej pory zaczął się płacz w przedszkolu. Takich przykładów mających nastraszyć dziecko było jeszcze kilka. W tej kwestii dorośli są bardzo kreatywni. Cieszę się, że moje dziecko potrafi już mówić i gdy usłyszy coś takiego od razu mi przekazuje kto i co powiedział.
Były takie dni w ciągu pierwszego miesiąca, gdy zastanawiałam się czy moje dziecko w przedszkolu kiedykolwiek się zaadaptuje. Bałam się, że płacz za nami będzie trwał przez wiele miesięcy. W praktyce po dwudziestu dniach przecinanymi dwiema dwutygodniowymi infekcjami usłyszałam, że w przedszkolu fajnie było.Płacz wynikający z tęsknoty za rodzicami się skończył. Od tamtej pory prawie codziennie słuchamy opowieści, że jedzonko było pyszne i jak świetnie się bawiła. Ufff :)
czwartek, 5 lutego 2015
Moje dziecko sobie nie poradzi
Ona nie je sama zupy, bo będzie bałagan Patrzę na matkę karmiąca swoją dziesięciolatkę łyżką. Kobieta podsuwa córce łyżkę nie uroniwszy ani kropli. (Jak czysto, jak perfekcyjnie).
Mój trzyletni syn nie pójdzie do przedszkola, jest za mały. Mały lata w pampersie, przecież zasikałby nowy dywan. (Jak czysto, jak perfekcyjnie).
Moje dziecko nie pójdzie wcześniej do pierwszej klasy, ono sobie nie poradzi.(Oj na sto procent?).
Dlaczego nie pozwalamy dzieciom na samodzielność?
Czysty obrus i dywan są ważniejsze niż dziecko które jest samodzielne?
Moje dziecko samodzielnie zaczynało jeść jak miało pół roku. Wiązało się to z bałaganem, szczególnie gdy zaczynała jeść zupy. Dzisiaj je już spokojnie i czysto, ma już dwuletnią praktykę w samodzielnym jedzeniu a ja spokojną głowę, że w przedszkolu będzie potrafiła sama zjeść.
Często nie wierzymy we własne dzieci, a one aż się wyrywają do samodzielności.
Każde dziecko przechodzi etap Ja śam/Ja śama...
Wtedy jest najlepszy czas na naukę samodzielności. Naukę jedzenia, picia, ubierania się, korzystania z nocnika, samodzielnego podciągania.
Często widzę, że dziecko chce się samo ubrać, ale przecież osoba dorosła zrobi lepiej. Równiutko wciągnie podkoszulek, idealnie założy skarpetki, czapkę na właściwą stronę...
Och, brawo, brawo!!! Jaka idealna!
Cóż że nie pozwala dziecku na samodzielność, że to dziecko powinno być chwalone za pierwsze sukcesy, cóż że ma dwie lewe ręce...
Kto tu przechodzi etap Ja śam? Dorosły czy dziecko?
Osobie robiącej lepiej od dziecka order tylko przyznać, jak wzorowo, potem zdziwienie czemu dziecko samo nie podejmuje żadnej aktywności, od małego wie, że dorosły zrobi lepiej.
czwartek, 22 stycznia 2015
Wiosna w ubrankach Pinokio
Jestem oczarowana ubrankami dla dzieci firmy Pinokio i dumna z tego, że są szyte w Polsce, ba nawet w Piotrkowie Trybunalskim.
Kolekcje firmy Pinokio trafiają w mój gust. Nasza przygoda zaczęła się od noworodka z różowo-szarą kolekcją Paulina. Potem przerabialiśmy kolorową Sowę. Obecnie zaś jestem oczarowana wiosenną, jagodową kolekcją Folk.
Lubię ten sklep za to, że na moje dziecko mają umiarkowany wybór. W tym przypadku mniej znaczy więcej, porządniej, staranniej.
Kolejna zaleta KOLEKCJE, kupując ubranka tylko z danej kolekcji mamy z głowy problem łączenia, wszystko do siebie pasuje lub możemy mieszać kolekcje i uzyskiwać bardzo ciekawe zestawienia.
STYL ubranek Pinokio jest taki unikalny i niesztampowy.
Dziecko wygląda naturalnie, skromnie a jednocześnie urzekająco. Proste nadruki ze świata dziecięcej wyobraźni, delikatne, prawie niewyczuwalne, co zapewnia komfort dziecku.
Cieszę się, że firma nie stawia na kicz i odpustowe falbany,wielkie kokardy, odpadające w praniu cekiny i gigantyczne tiule z którymi pięknie tylko niewygodnie.
Za to czekają na moje dziecko różnorodne kolekcje od małej gwiazdy rocka po motywy skojarzone z polską jesienią.
Bezpieczne dla dziecka. Materiały najwyższej jakości.
Wygodne, luźne, z praktycznymi rozpięciami. Niezastąpione w domu, przedszkolu, na spacerze, także na bardziej uroczyste okazje.
Posłużą niejednemu dziecku.
Nie kurczą się, nie mechacą, nie zmieniają się w praniu, pięknie się odplamiają, nie wychodzą z nich nitki, nie obierają się.
METKI małe, wręcz niewyczuwalne. Niezbędne informacje dołączone na papierowej kartce. Oj, jak mnie denerwowały chińskie ubranka z niemalże wszytą książką.
I ta CENA na każdą kieszeń.
Wysoka jakość, polska produkcja, niebanalność, wygoda oraz bezpieczeństwo dziecka i świetna cena.
Mój numer jeden wśród producentów ubranek dla dzieci :)
środa, 21 stycznia 2015
Nie czekaj do poniedziałku
Będąc rodzicem niejednokrotnie zdarzy nam się sytuacja, że nasze dziecko zachoruje w weekend, święto lub dzień w którym zarówno prywatne jak i państwowe przychodnie są nieczynne.
Mieliśmy taką sytuację w miniony weekend. W piątek dziecko miało stan podgorączkowy, bez kaszlu, kataru i innych dolegliwości. W sobotę natomiast temperatura ciała przekroczyła 39'C, leki przeciw gorączkowe podane w maksymalnych dawkach zbijały temperaturę o stopień, po czym wzrastała ona gdy jeszcze było za wcześnie na kolejną dawkę.
W takiej sytuacji kusząca wydaje się opcja by przeczekać do poniedziałku. Myślimy sobie: może samo przejdzie, rozejdzie się po kościach, organizm się wzmocni jak powalczy z chorobą, może uda się uniknąć antybiotyku. Jeszcze inni rodzice dają więcej leków niż jest to zalecane ryzykując przedawkowanie.
Nic bardziej mylnego.
Przeczekiwać możemy temperaturę od 37'C-38'C. Tutaj możemy pozwolić, by organizm się wzmacniał przez walkę z chorobą, czekać aż samo przejdzie i liczyć, że uda się bez antybiotyku.
Często intuicyjnie chcesz wezwać lekarza, jednak ktoś zachęca by organizm dziecka powalczył, zobacz co ta osoba robi,gdy sama jest chora: biegnie do lekarza a potem obstawia się torbą leków czy pozwala by organizm walczył i się ,,wzmacniał'' do 40'C?
Natomiast jeśli nasze dziecko ma temperaturę ciała 39'C-40'C to naszym zadaniem jest ją zbić, jeśli mamy wątpliwości odnośnie dawkowania zadzwonić na pogotowie, tam dostaniemy numer do pediatry i z nim je skonsultować. Następnie dziecko powinien zbadać lekarz. Przy takiej temperaturze on przejmuje dowodzenie, tutaj nie ma miejsca na wydaje mi się, chyba i naszą medyczną samowolkę.To, że czytasz artykuły i poradniki medyczne nie daje prawa do stawiania diagnoz.
Osobiście utkwiły mi w pamięci słowa pewnego sanitariusza:
Jeśli dziecko ma temperaturę powyżej 39'C to znaczy, że organizm walczy z chorobą i trzeba mu w tej walce pomóc.
Dlaczego więc tak wielu z nas liczy, że samo przejdzie lub że dziecko wytrzyma do poniedziałku?
Wyobraź sobie, że w sobotę masz bałagan w kuchni, czy myślisz wtedy: może do poniedziałku sam się posprząta?
Śmieszne? Ja nie widziałam dziecka, które miało zapalenie ucha czy anginę cudownie czekającą do poniedziałku lub samouleczalną, widziałam natomiast dzieci z powikłaniami na całe życie, ponieważ infekcja dostała duże pole do popisu.
Wyobraź sobie, że masz do wyboru: antybiotyk lub zastrzyki i pobyt w szpitalu. Co zafundowałbyś swojemu dziecku? A często czekając biernie robimy nieświadomie żonglerkę ze zdrowia dziecka.
Dlaczego czekamy? Bo jest weekend. Jeśli nasza przychodnia jest nieczynna a stan dziecka stabilny wsiadamy w samochód lub dzwonimy po taksówkę i jedziemy do najbliższego szpitala na oddział doraźny. Możemy też wezwać lekarza na wizytę prywatną (o ile w miarę szybko przybędzie) lub w ostateczności pogotowie.
Nie bójmy się,że wezwiemy lekarza na próżno czy stracimy ostatnie pieniądze. Naszym podstawowym obowiązkiem jest chronić nasze dzieci.
Jeśli szkoda nam pieniędzy lub nikt nam nie chce pożyczyć, albo brakuje nam pieniędzy na wizytę prywatną warto zadbać o to wcześniej. Wiadomo, że nie ma sensu odkładać pieniędzy na koncie(na wsiach nie ma bankomatów), chować w książkach, bo na bieżąco się rozejdą, zawsze znajdzie się ważny wydatek i gdy dziecko zachoruje zostaniemy z niczym. Dobrym pomysłem jest skarbonka, którą można otworzyć tylko raz, my wrzucamy tam monety od złotówki, gdyż nie sztuka zapełnić skarbonkę i niewiele z niej wyjąć. Obecnie wiem, że w skarbonce jest tyle pieniędzy, by opłacić lekarza, taksówkę, niespodziewane recepty i pobyt w szpitalu. Oczywiście, raczej wątpię bym kiedykolwiek musiała ją otworzyć przed zapełnieniem, ale wiem też, że różnie w życiu bywa.
Wracając do tematu, nie czekałam do poniedziałku. To nie w moim stylu, wykończyłabym się nerwowo do tego czasu ze strachu o dziecko. Po zbiciu o stopień temperatury pojechaliśmy na oddział doraźny. Na miejscu okazało się, że nasze dziecko ma anginę, dostało antybiotyk, gdybyśmy czekali do poniedziałku to dzisiaj-środa -płakałabym w szpitalu, że w sobotę nic nie zrobiłam, patrząc jak moje dziecko dostaje zastrzyki.
A tak, po gorączce nie ma śladu, dziecko połyka regularnie słodką zawiesinę a ja prawie płakałam ze śmiechu i wzruszenia, gdy moje dziecko rysowało portrety babć przypominające ufoludki :)
Mieliśmy taką sytuację w miniony weekend. W piątek dziecko miało stan podgorączkowy, bez kaszlu, kataru i innych dolegliwości. W sobotę natomiast temperatura ciała przekroczyła 39'C, leki przeciw gorączkowe podane w maksymalnych dawkach zbijały temperaturę o stopień, po czym wzrastała ona gdy jeszcze było za wcześnie na kolejną dawkę.
W takiej sytuacji kusząca wydaje się opcja by przeczekać do poniedziałku. Myślimy sobie: może samo przejdzie, rozejdzie się po kościach, organizm się wzmocni jak powalczy z chorobą, może uda się uniknąć antybiotyku. Jeszcze inni rodzice dają więcej leków niż jest to zalecane ryzykując przedawkowanie.
Nic bardziej mylnego.
Przeczekiwać możemy temperaturę od 37'C-38'C. Tutaj możemy pozwolić, by organizm się wzmacniał przez walkę z chorobą, czekać aż samo przejdzie i liczyć, że uda się bez antybiotyku.
Często intuicyjnie chcesz wezwać lekarza, jednak ktoś zachęca by organizm dziecka powalczył, zobacz co ta osoba robi,gdy sama jest chora: biegnie do lekarza a potem obstawia się torbą leków czy pozwala by organizm walczył i się ,,wzmacniał'' do 40'C?
Natomiast jeśli nasze dziecko ma temperaturę ciała 39'C-40'C to naszym zadaniem jest ją zbić, jeśli mamy wątpliwości odnośnie dawkowania zadzwonić na pogotowie, tam dostaniemy numer do pediatry i z nim je skonsultować. Następnie dziecko powinien zbadać lekarz. Przy takiej temperaturze on przejmuje dowodzenie, tutaj nie ma miejsca na wydaje mi się, chyba i naszą medyczną samowolkę.To, że czytasz artykuły i poradniki medyczne nie daje prawa do stawiania diagnoz.
Osobiście utkwiły mi w pamięci słowa pewnego sanitariusza:
Jeśli dziecko ma temperaturę powyżej 39'C to znaczy, że organizm walczy z chorobą i trzeba mu w tej walce pomóc.
Dlaczego więc tak wielu z nas liczy, że samo przejdzie lub że dziecko wytrzyma do poniedziałku?
Wyobraź sobie, że w sobotę masz bałagan w kuchni, czy myślisz wtedy: może do poniedziałku sam się posprząta?
Śmieszne? Ja nie widziałam dziecka, które miało zapalenie ucha czy anginę cudownie czekającą do poniedziałku lub samouleczalną, widziałam natomiast dzieci z powikłaniami na całe życie, ponieważ infekcja dostała duże pole do popisu.
Wyobraź sobie, że masz do wyboru: antybiotyk lub zastrzyki i pobyt w szpitalu. Co zafundowałbyś swojemu dziecku? A często czekając biernie robimy nieświadomie żonglerkę ze zdrowia dziecka.
Dlaczego czekamy? Bo jest weekend. Jeśli nasza przychodnia jest nieczynna a stan dziecka stabilny wsiadamy w samochód lub dzwonimy po taksówkę i jedziemy do najbliższego szpitala na oddział doraźny. Możemy też wezwać lekarza na wizytę prywatną (o ile w miarę szybko przybędzie) lub w ostateczności pogotowie.
Nie bójmy się,że wezwiemy lekarza na próżno czy stracimy ostatnie pieniądze. Naszym podstawowym obowiązkiem jest chronić nasze dzieci.
Jeśli szkoda nam pieniędzy lub nikt nam nie chce pożyczyć, albo brakuje nam pieniędzy na wizytę prywatną warto zadbać o to wcześniej. Wiadomo, że nie ma sensu odkładać pieniędzy na koncie(na wsiach nie ma bankomatów), chować w książkach, bo na bieżąco się rozejdą, zawsze znajdzie się ważny wydatek i gdy dziecko zachoruje zostaniemy z niczym. Dobrym pomysłem jest skarbonka, którą można otworzyć tylko raz, my wrzucamy tam monety od złotówki, gdyż nie sztuka zapełnić skarbonkę i niewiele z niej wyjąć. Obecnie wiem, że w skarbonce jest tyle pieniędzy, by opłacić lekarza, taksówkę, niespodziewane recepty i pobyt w szpitalu. Oczywiście, raczej wątpię bym kiedykolwiek musiała ją otworzyć przed zapełnieniem, ale wiem też, że różnie w życiu bywa.
Wracając do tematu, nie czekałam do poniedziałku. To nie w moim stylu, wykończyłabym się nerwowo do tego czasu ze strachu o dziecko. Po zbiciu o stopień temperatury pojechaliśmy na oddział doraźny. Na miejscu okazało się, że nasze dziecko ma anginę, dostało antybiotyk, gdybyśmy czekali do poniedziałku to dzisiaj-środa -płakałabym w szpitalu, że w sobotę nic nie zrobiłam, patrząc jak moje dziecko dostaje zastrzyki.
A tak, po gorączce nie ma śladu, dziecko połyka regularnie słodką zawiesinę a ja prawie płakałam ze śmiechu i wzruszenia, gdy moje dziecko rysowało portrety babć przypominające ufoludki :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)