czwartek, 22 stycznia 2015

Wiosna w ubrankach Pinokio




   Jestem oczarowana ubrankami dla dzieci firmy Pinokio i dumna z tego, że są szyte w Polsce, ba nawet w Piotrkowie Trybunalskim. 

  Kolekcje firmy Pinokio trafiają w mój gust. Nasza przygoda zaczęła się od noworodka z różowo-szarą kolekcją Paulina. Potem przerabialiśmy kolorową Sowę. Obecnie zaś jestem oczarowana wiosenną, jagodową kolekcją Folk.
Lubię ten sklep za to, że na moje dziecko mają umiarkowany wybór. W tym przypadku mniej znaczy więcej, porządniej, staranniej.

Kolejna zaleta KOLEKCJE, kupując ubranka tylko z danej kolekcji mamy z głowy problem łączenia, wszystko do siebie pasuje lub możemy mieszać kolekcje i uzyskiwać bardzo ciekawe zestawienia.

STYL ubranek Pinokio jest taki unikalny i niesztampowy. 
Dziecko wygląda naturalnie, skromnie a jednocześnie urzekająco. Proste nadruki ze świata dziecięcej wyobraźni, delikatne, prawie niewyczuwalne, co zapewnia komfort dziecku.
Cieszę się, że firma nie stawia na kicz i odpustowe falbany,wielkie  kokardy, odpadające w praniu cekiny i gigantyczne tiule z którymi  pięknie tylko niewygodnie.

Za to czekają na moje dziecko różnorodne kolekcje od małej gwiazdy rocka po motywy skojarzone z polską jesienią.

Bezpieczne dla dziecka. Materiały najwyższej jakości.
Wygodne, luźne, z praktycznymi rozpięciami. Niezastąpione w domu, przedszkolu, na spacerze, także na bardziej uroczyste okazje.
Posłużą niejednemu dziecku. 
Nie kurczą się, nie mechacą, nie zmieniają się w praniu, pięknie się odplamiają, nie wychodzą z nich nitki, nie obierają się.
METKI małe, wręcz niewyczuwalne. Niezbędne informacje dołączone na papierowej kartce. Oj, jak mnie denerwowały chińskie ubranka z niemalże wszytą książką. 

I ta CENA na każdą kieszeń.
 
Wysoka jakość, polska produkcja, niebanalność, wygoda oraz bezpieczeństwo dziecka i świetna cena. 
Mój numer jeden wśród producentów ubranek dla dzieci :)





środa, 21 stycznia 2015

Nie czekaj do poniedziałku

   Będąc rodzicem niejednokrotnie zdarzy nam się sytuacja, że nasze dziecko zachoruje w weekend, święto lub dzień w którym zarówno prywatne jak i państwowe przychodnie są nieczynne. 
 
Mieliśmy taką sytuację w miniony weekend. W piątek dziecko miało stan podgorączkowy, bez kaszlu, kataru i innych dolegliwości. W sobotę natomiast temperatura ciała przekroczyła 39'C, leki przeciw gorączkowe podane w maksymalnych dawkach zbijały temperaturę o stopień, po czym wzrastała ona gdy jeszcze było za wcześnie na kolejną dawkę.

W takiej sytuacji kusząca wydaje się opcja by przeczekać do poniedziałku. Myślimy sobie: może samo przejdzie, rozejdzie się po kościach, organizm się wzmocni jak powalczy z chorobą, może uda się uniknąć antybiotyku. Jeszcze inni rodzice dają więcej leków niż jest to zalecane ryzykując przedawkowanie.

Nic bardziej mylnego.

Przeczekiwać możemy temperaturę od 37'C-38'C. Tutaj możemy pozwolić, by organizm się wzmacniał przez walkę z chorobą, czekać aż samo przejdzie i liczyć, że uda się bez antybiotyku.
Często intuicyjnie chcesz wezwać lekarza, jednak ktoś zachęca by organizm dziecka powalczył, zobacz co ta osoba robi,gdy sama jest chora: biegnie do lekarza a potem obstawia się torbą leków czy pozwala by organizm walczył i się ,,wzmacniał'' do 40'C?

Natomiast jeśli nasze dziecko ma temperaturę ciała 39'C-40'C to naszym zadaniem jest ją zbić, jeśli mamy wątpliwości  odnośnie dawkowania zadzwonić na pogotowie, tam dostaniemy numer do pediatry i z nim je skonsultować. Następnie dziecko powinien zbadać lekarz. Przy takiej temperaturze on przejmuje dowodzenie, tutaj nie ma miejsca na wydaje mi się, chyba i naszą medyczną samowolkę.To, że czytasz artykuły i poradniki medyczne nie daje prawa do stawiania diagnoz.

Osobiście utkwiły mi w pamięci słowa pewnego sanitariusza:
Jeśli dziecko ma temperaturę powyżej 39'C to znaczy, że organizm walczy z chorobą i trzeba mu w tej walce pomóc. 
Dlaczego więc tak wielu z nas liczy, że samo przejdzie lub że dziecko wytrzyma do poniedziałku?
Wyobraź sobie, że w sobotę masz bałagan w kuchni, czy myślisz wtedy: może do poniedziałku sam się posprząta?
 Śmieszne? Ja nie widziałam dziecka, które miało zapalenie ucha czy anginę cudownie czekającą do poniedziałku lub samouleczalną, widziałam natomiast dzieci z powikłaniami na całe życie, ponieważ infekcja dostała duże pole do popisu.

Wyobraź sobie, że masz do wyboru: antybiotyk lub zastrzyki i pobyt w szpitalu. Co zafundowałbyś swojemu dziecku? A często czekając biernie robimy nieświadomie żonglerkę ze zdrowia dziecka.

Dlaczego czekamy? Bo jest weekend. Jeśli nasza przychodnia jest nieczynna a stan dziecka stabilny wsiadamy w  samochód lub dzwonimy po taksówkę i jedziemy do najbliższego szpitala na oddział doraźny. Możemy też wezwać  lekarza na wizytę prywatną (o ile w miarę szybko przybędzie) lub w ostateczności pogotowie.
Nie bójmy się,że wezwiemy lekarza na próżno czy stracimy ostatnie pieniądze. Naszym podstawowym obowiązkiem jest chronić nasze dzieci.
Jeśli szkoda nam pieniędzy lub nikt nam nie chce pożyczyć, albo brakuje nam pieniędzy na wizytę prywatną warto zadbać o to wcześniej. Wiadomo, że nie ma sensu odkładać pieniędzy na koncie(na wsiach nie ma bankomatów), chować w książkach, bo na bieżąco się rozejdą, zawsze znajdzie się ważny wydatek i gdy dziecko zachoruje zostaniemy z niczym. Dobrym pomysłem jest skarbonka, którą można otworzyć tylko raz, my wrzucamy tam monety od złotówki, gdyż nie sztuka zapełnić skarbonkę i niewiele z niej wyjąć. Obecnie wiem, że w skarbonce jest tyle pieniędzy, by opłacić lekarza, taksówkę, niespodziewane recepty i pobyt w szpitalu. Oczywiście, raczej wątpię bym kiedykolwiek musiała ją otworzyć przed zapełnieniem, ale wiem też, że różnie w życiu bywa.

   Wracając do tematu, nie czekałam do poniedziałku. To nie w moim stylu, wykończyłabym się nerwowo do tego czasu ze strachu o dziecko. Po zbiciu o stopień temperatury pojechaliśmy na oddział doraźny. Na miejscu okazało się, że nasze dziecko ma anginę, dostało antybiotyk, gdybyśmy czekali do poniedziałku to dzisiaj-środa -płakałabym w szpitalu, że w sobotę nic nie zrobiłam, patrząc jak moje dziecko dostaje zastrzyki. 

A tak, po gorączce nie ma śladu, dziecko połyka regularnie słodką zawiesinę a ja prawie płakałam ze śmiechu i wzruszenia, gdy moje dziecko rysowało portrety babć przypominające ufoludki :)

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Co zadziwia młodą matkę II

 Mianowicie, zadziwia mnie zapotrzebowanie na tematy postów. Wpisy rodzicielskie bardzo podbijają statystykę. Tematy polsko-chińskie wywołują burzę. Przed nami jeszcze kilka kontrowersyjnych tematów a potem mam nadzieję, że zajmiemy się magią świąt .

Czekam na informacje o tematyce Szpital przyjazny rodzicom.

Mądre dziecko mieć

Daję Córce jajko na twardo:
Ona: ...ale ja nie mogę go zjeść
Ja: Dlaczego?
Ona: ...bo ono należy do kury.   Mamo, musimy je jej oddać, bo będzie smutna, że nie będzie miała pisklaczka, wiesz?


I jajka nie zjadła...

piątek, 28 listopada 2014

Co zadziwia młodą matkę...

  Gdy chodziłam na studia było mi obojętne skąd są ubrania które kupuję, co jest w fast-foodach które jem. Nie miałam czasu ani ochoty nad tym się zastanawiać. Jadłam to co znajomi, kupowałam ubrania według gustu. Obojętne mi było co jest w wędlinach i skąd są ciuchy w galeriach.

Gdy moja Córka była malutka kupowałam jej ubranka tam gdzie miałam najbliżej.
Pewnego dnia słuchając peanów innej mamy jaki to dziecięcy haandem cudowny wpadłam na pomysł by kupić dziecku ubranko w galerii handlowej. Na starcie nie podobała mi się jakość, wzór,  rozmiar, cena natomiast była średnia. Słowo firmówka przyćmiło mi zdolność myślenia. Kupiłam, żałuję, czasu nie cofnę. Lichy materiał, brzydkie szycie, ale fajny wzór.

Przeszłam po innych sklepach: im gorszy materiał, tym fajniejszy wzór.

Metki...Wszystko wyprodukowane poza Europą, nie mówiąc o Polsce. Wyprodukowano w Chinach, Indiach... Wszędzie tylko nie u nas. Kiedyś mówiło się, ze produkcja w Polsce się nie opłaca, jednak jak ma się opłacać, gdy kupujemy tylko chińską tandetę?

Jednak porównując ceny Pinokia i H&M'u wychodzi podobnie. W pierwszym dobra jakość, w drugim ogromny wybór. Czy o to chodzi? Nie wiem.

Uważam, że galerie handlowe powinny nosić miano galerii chińskich. Co z tego, że producent pochodzi z Europy jak szyje w Chinach?

Ktoś powie, że tak jest we wszystkich krajach.
Wolę nie przykładać do tego ręki.

Dobre, bo POLSKIE

Moja Córka dostała  pierwszy (chyba), mikołajkowy prezent polskiej produkcji. Solidnie zrobioną, z bardzo dobrych materiałów...bluzę. Osobiście uważam, że idealną. Uroczy, misiowy wzór. Bluza rośnie wraz z maluchem. Dziecko wygląda w niej jak dziecko. Nie przypomina  chodzącej, brokatowej bezy czy reklamy Disney'a. Wybrałam wersję czerwoną i jestem oczarowana.


Za cenę powyższej bluzy miałabym odpowiednik w Zarze. Bluzę, za uszycie której Zara chińskiemu producentowi  zapłaciła mniej niż dziesięć złotych. Ja natomiast musiałabym zapłacić elitarnej firmie minimum sześć razy tyle. Za co?  Za popularną metkę?
Nie, dziękuję. 

wtorek, 25 listopada 2014

Wymarzony dzień

W duchu marzyłam o tym dniu,
wyobrażałam sobie go w myślach,
prosiłam o niego w spontanicznych modlitwach,
pragnęłam by nadszedł
i o to dzisiaj spełniło się wszystko.


Nastał dzień bez prądu.
Cudowny dzień dla matki dwulatki, która co kwadrans potrafi powtarzać jak katarynka:
-Mama-włącz -baję
I moje upragnione słowa:
-Kochanie-nie-ma prądu.

Cisza w domu: nie ma Świnki Peppy, ani Strażaka Sama, Teletubisiów i Dory.
Cisza! Moje wewnętrzne modły wreszcie zostały wysłuchane.

Dziecko poszło do zabawek. Po kwadransie znudzone plastikowo-drewnianymi rupieciami.
-Idziemy-na-długi-spacer?-pyta.

Na spacerze karmimy głodnego psa słodką bułką, ona zaśmiewa się głośno.
Później na podwórku oglądamy kasztany, ślimaki, podlewamy trawkę.
Następnie robimy zakupy:wata, klej, blok, farby.  W domu tworzymy wszelkie abstrakcje jakie przyjdą nam do głowy. Ona maluje tak jak lubi, raz pędzelkiem, innym razem palcami.

Międzyczasie mała artystka pomaga mi gotować, sama potrafi oskubać jajko na twardo i sprawia, że mam co sprzątać.

 Smarujemy blok klejem, przyklejamy watę  na papier, obsypujemy brokatem. Robimy sztuczny śnieg, brodę Mikołajowi, chmurki i białe zwierzaki.

Międzyczasie sama dzwoni z mojego telefonu komórkowego do taty i opowiada mu jedyny wierszyk jaki cały umie: W pokoiku na stoliku....

Po zabawie bawimy się czytając wymęczoną książkę Naciśnij mnie.

Po kolejnym spacerku urządzamy sobie seans z bańkami mydlanymi, ja puszczam ona łapie, ona próbuje dmuchać.

Robi się ciemno, prądu dalej nie ma , zapalamy świeczki. Brak światła nie sprawia jej problemu, podoba się nam ta cisza, brak burczenia lodówki.Zachwycona wodzi latarką po suficie i ścianach.

Cisza przeplatana zapachem cynamonu, półmrok.
Chcę tak częściej....


P.S. Prąd włączyli o 17-stej :(