Gdy chodziłam na studia było mi obojętne skąd są ubrania które kupuję, co jest w fast-foodach które jem. Nie miałam czasu ani ochoty nad tym się zastanawiać. Jadłam to co znajomi, kupowałam ubrania według gustu. Obojętne mi było co jest w wędlinach i skąd są ciuchy w galeriach.
Gdy moja Córka była malutka kupowałam jej ubranka tam gdzie miałam najbliżej.
Pewnego dnia słuchając peanów innej mamy jaki to dziecięcy haandem cudowny wpadłam na pomysł by kupić dziecku ubranko w galerii handlowej. Na starcie nie podobała mi się jakość, wzór, rozmiar, cena natomiast była średnia. Słowo firmówka przyćmiło mi zdolność myślenia. Kupiłam, żałuję, czasu nie cofnę. Lichy materiał, brzydkie szycie, ale fajny wzór.
Przeszłam po innych sklepach: im gorszy materiał, tym fajniejszy wzór.
Metki...Wszystko wyprodukowane poza Europą, nie mówiąc o Polsce. Wyprodukowano w Chinach, Indiach... Wszędzie tylko nie u nas. Kiedyś mówiło się, ze produkcja w Polsce się nie opłaca, jednak jak ma się opłacać, gdy kupujemy tylko chińską tandetę?
Jednak porównując ceny Pinokia i H&M'u wychodzi podobnie. W pierwszym dobra jakość, w drugim ogromny wybór. Czy o to chodzi? Nie wiem.
Uważam, że galerie handlowe powinny nosić miano galerii chińskich. Co z tego, że producent pochodzi z Europy jak szyje w Chinach?
Ktoś powie, że tak jest we wszystkich krajach.
Wolę nie przykładać do tego ręki.
piątek, 28 listopada 2014
Dobre, bo POLSKIE
Moja Córka dostała pierwszy (chyba), mikołajkowy prezent polskiej produkcji. Solidnie zrobioną, z bardzo dobrych materiałów...bluzę. Osobiście uważam, że idealną. Uroczy, misiowy wzór. Bluza rośnie wraz z maluchem. Dziecko wygląda w niej jak dziecko. Nie przypomina chodzącej, brokatowej bezy czy reklamy Disney'a. Wybrałam wersję czerwoną i jestem oczarowana.
Za cenę powyższej bluzy miałabym odpowiednik w Zarze. Bluzę, za uszycie której Zara chińskiemu producentowi zapłaciła mniej niż dziesięć złotych. Ja natomiast musiałabym zapłacić elitarnej firmie minimum sześć razy tyle. Za co? Za popularną metkę?
Nie, dziękuję.
Za cenę powyższej bluzy miałabym odpowiednik w Zarze. Bluzę, za uszycie której Zara chińskiemu producentowi zapłaciła mniej niż dziesięć złotych. Ja natomiast musiałabym zapłacić elitarnej firmie minimum sześć razy tyle. Za co? Za popularną metkę?
Nie, dziękuję.
wtorek, 25 listopada 2014
Wymarzony dzień
W duchu marzyłam o tym dniu,
wyobrażałam sobie go w myślach,
prosiłam o niego w spontanicznych modlitwach,
pragnęłam by nadszedł
i o to dzisiaj spełniło się wszystko.
Nastał dzień bez prądu.
Cudowny dzień dla matki dwulatki, która co kwadrans potrafi powtarzać jak katarynka:
-Mama-włącz -baję
I moje upragnione słowa:
-Kochanie-nie-ma prądu.
Cisza w domu: nie ma Świnki Peppy, ani Strażaka Sama, Teletubisiów i Dory.
Cisza! Moje wewnętrzne modły wreszcie zostały wysłuchane.
Dziecko poszło do zabawek. Po kwadransie znudzone plastikowo-drewnianymi rupieciami.
-Idziemy-na-długi-spacer?-pyta.
Na spacerze karmimy głodnego psa słodką bułką, ona zaśmiewa się głośno.
Później na podwórku oglądamy kasztany, ślimaki, podlewamy trawkę.
Następnie robimy zakupy:wata, klej, blok, farby. W domu tworzymy wszelkie abstrakcje jakie przyjdą nam do głowy. Ona maluje tak jak lubi, raz pędzelkiem, innym razem palcami.
Międzyczasie mała artystka pomaga mi gotować, sama potrafi oskubać jajko na twardo i sprawia, że mam co sprzątać.
Smarujemy blok klejem, przyklejamy watę na papier, obsypujemy brokatem. Robimy sztuczny śnieg, brodę Mikołajowi, chmurki i białe zwierzaki.
Międzyczasie sama dzwoni z mojego telefonu komórkowego do taty i opowiada mu jedyny wierszyk jaki cały umie: W pokoiku na stoliku....
Po zabawie bawimy się czytając wymęczoną książkę Naciśnij mnie.
Po kolejnym spacerku urządzamy sobie seans z bańkami mydlanymi, ja puszczam ona łapie, ona próbuje dmuchać.
Robi się ciemno, prądu dalej nie ma , zapalamy świeczki. Brak światła nie sprawia jej problemu, podoba się nam ta cisza, brak burczenia lodówki.Zachwycona wodzi latarką po suficie i ścianach.
Cisza przeplatana zapachem cynamonu, półmrok.
Chcę tak częściej....
P.S. Prąd włączyli o 17-stej :(
wyobrażałam sobie go w myślach,
prosiłam o niego w spontanicznych modlitwach,
pragnęłam by nadszedł
i o to dzisiaj spełniło się wszystko.
Nastał dzień bez prądu.
Cudowny dzień dla matki dwulatki, która co kwadrans potrafi powtarzać jak katarynka:
-Mama-włącz -baję
I moje upragnione słowa:
-Kochanie-nie-ma prądu.
Cisza w domu: nie ma Świnki Peppy, ani Strażaka Sama, Teletubisiów i Dory.
Cisza! Moje wewnętrzne modły wreszcie zostały wysłuchane.
Dziecko poszło do zabawek. Po kwadransie znudzone plastikowo-drewnianymi rupieciami.
-Idziemy-na-długi-spacer?-pyta.
Na spacerze karmimy głodnego psa słodką bułką, ona zaśmiewa się głośno.
Później na podwórku oglądamy kasztany, ślimaki, podlewamy trawkę.
Następnie robimy zakupy:wata, klej, blok, farby. W domu tworzymy wszelkie abstrakcje jakie przyjdą nam do głowy. Ona maluje tak jak lubi, raz pędzelkiem, innym razem palcami.
Międzyczasie mała artystka pomaga mi gotować, sama potrafi oskubać jajko na twardo i sprawia, że mam co sprzątać.
Smarujemy blok klejem, przyklejamy watę na papier, obsypujemy brokatem. Robimy sztuczny śnieg, brodę Mikołajowi, chmurki i białe zwierzaki.
Międzyczasie sama dzwoni z mojego telefonu komórkowego do taty i opowiada mu jedyny wierszyk jaki cały umie: W pokoiku na stoliku....
Po zabawie bawimy się czytając wymęczoną książkę Naciśnij mnie.
Po kolejnym spacerku urządzamy sobie seans z bańkami mydlanymi, ja puszczam ona łapie, ona próbuje dmuchać.
Robi się ciemno, prądu dalej nie ma , zapalamy świeczki. Brak światła nie sprawia jej problemu, podoba się nam ta cisza, brak burczenia lodówki.Zachwycona wodzi latarką po suficie i ścianach.
Cisza przeplatana zapachem cynamonu, półmrok.
Chcę tak częściej....
P.S. Prąd włączyli o 17-stej :(
Polskie firmy
Dzisiaj będzie o tym, w jakich firmach my-mamusie ubieramy swoje pociechy i gdzie chciałybyśmy jej ubierać.
Z ankiety wynika, że chciałybyśmy kupić jak najwięcej za jak najmniej.
Większość zakupów robimy w polskich sklepach dziecięcych, z drugiej strony narzekamy na panujące tam wysokie ceny i mało urozmaicone wzornictwo ,także na niedobór sklepów i chińszczyznę sprzedawaną pod polskimi metkami. Jeżeli chodzi o obuwie zadowolone jesteśmy chociażby z polskiego Zetpola.
Osobiście wolę mieć jedną półkę polskich ubranek, niż całą szafę chińskich. Czasem warto dojrzeć i zamiast zasilać miliarderów typu Next czy Zara, podbudować polskie firmy typu: Pinokio czy pobliskie sklepy dziecięce. Uczmy nasze dzieci, że nie liczy się metka i to co mają na sobie, lecz ich wnętrze, by praca polskich firm nie szła na marne. Nie wpajajmy im pustej próżności ze znanej metki od małego.
Następnie -galerie handlowe. H&M, C&A itd. Firmy często produkujące w Chinach, ładne ubranka zwykle zaskakują wątpliwą jakością. Mamy najczęściej kupują tam pociechom buty: CCC, Deichmann. Z drugiej strony- lubimy Next'ta za to, że daje nam ogromny wybór i dobrą jakość.
Pepco - większość mam tam zagląda, gdyż firma posiada absurdalnie niskie ceny, jakość ubranek trudną do określenia. Bywają rzeczy w których dziecko przechodzi trzy sezony, bywają takie że jeden. Wzornictwo średnie, szycie nieciekawe, jednak na Pepco stać każdą mamę i za to je szanujemy. W Pepco mamy robią zakupy w ostateczności lub gdy krucho w portfelu.
Second-hand'y- odwiedzamy je chętnie, najczęściej w celu by zakupić jak ja to nazywam fanaberie, rzeczy które nam się podobają, ale nie wiemy czy dziecko będzie nosiło i na które normalnie szkoda kasy. W moim przypadku są to spódniczki. Córce zsuwają się z brzucha, efekt:głównie leżą w szafie. Więc jeśli marzy mi się jakaś spódniczka,kamizelka, coś w czym nie wiem czy moje dziecko będzie chodziło, wtedy idę do lumpka. Najczęściej w lumpku szukamy też rzeczy niepraktycznych, sezonowych: strojów śnieżynek, skrzatów, mikołajek, które są w rzeczywistości obłędnie drogie, a których już w lutym nie założymy.
Gdzie nie kupujemy?
Unikamy tzw. chińskich sklepów i rynków, gdzie sprowadzana odzież bywa wątpliwej jakości, chociaż często bardzo strojna i kolorowa. W takich miejscach zachowujemy zdrowy rozsądek.
Podsumowując, statystyczna Polka ubiera swoje dzieci: wszędzie. Bierze pod uwagę przede wszystkim: jakość ubranek, ich cenę, lubi zamawiać przez internet.
Czekam na Wasze komentarze!
Z ankiety wynika, że chciałybyśmy kupić jak najwięcej za jak najmniej.
Większość zakupów robimy w polskich sklepach dziecięcych, z drugiej strony narzekamy na panujące tam wysokie ceny i mało urozmaicone wzornictwo ,także na niedobór sklepów i chińszczyznę sprzedawaną pod polskimi metkami. Jeżeli chodzi o obuwie zadowolone jesteśmy chociażby z polskiego Zetpola.
Osobiście wolę mieć jedną półkę polskich ubranek, niż całą szafę chińskich. Czasem warto dojrzeć i zamiast zasilać miliarderów typu Next czy Zara, podbudować polskie firmy typu: Pinokio czy pobliskie sklepy dziecięce. Uczmy nasze dzieci, że nie liczy się metka i to co mają na sobie, lecz ich wnętrze, by praca polskich firm nie szła na marne. Nie wpajajmy im pustej próżności ze znanej metki od małego.
Następnie -galerie handlowe. H&M, C&A itd. Firmy często produkujące w Chinach, ładne ubranka zwykle zaskakują wątpliwą jakością. Mamy najczęściej kupują tam pociechom buty: CCC, Deichmann. Z drugiej strony- lubimy Next'ta za to, że daje nam ogromny wybór i dobrą jakość.
Pepco - większość mam tam zagląda, gdyż firma posiada absurdalnie niskie ceny, jakość ubranek trudną do określenia. Bywają rzeczy w których dziecko przechodzi trzy sezony, bywają takie że jeden. Wzornictwo średnie, szycie nieciekawe, jednak na Pepco stać każdą mamę i za to je szanujemy. W Pepco mamy robią zakupy w ostateczności lub gdy krucho w portfelu.
Second-hand'y- odwiedzamy je chętnie, najczęściej w celu by zakupić jak ja to nazywam fanaberie, rzeczy które nam się podobają, ale nie wiemy czy dziecko będzie nosiło i na które normalnie szkoda kasy. W moim przypadku są to spódniczki. Córce zsuwają się z brzucha, efekt:głównie leżą w szafie. Więc jeśli marzy mi się jakaś spódniczka,kamizelka, coś w czym nie wiem czy moje dziecko będzie chodziło, wtedy idę do lumpka. Najczęściej w lumpku szukamy też rzeczy niepraktycznych, sezonowych: strojów śnieżynek, skrzatów, mikołajek, które są w rzeczywistości obłędnie drogie, a których już w lutym nie założymy.
Gdzie nie kupujemy?
Unikamy tzw. chińskich sklepów i rynków, gdzie sprowadzana odzież bywa wątpliwej jakości, chociaż często bardzo strojna i kolorowa. W takich miejscach zachowujemy zdrowy rozsądek.
Podsumowując, statystyczna Polka ubiera swoje dzieci: wszędzie. Bierze pod uwagę przede wszystkim: jakość ubranek, ich cenę, lubi zamawiać przez internet.
Czekam na Wasze komentarze!
czwartek, 20 listopada 2014
w Filii Bibliotecznej w Przygłowie
Dnia 28.01.2014r. w Filii Bibliotecznej w Przygłowie odbyło się spotkanie autorskie z Panią Eweliną (Migałą) Misztelą.
Rozpoczęło się uroczystym powitaniem gościa i przybyłych słuchaczy.
Ewelina Misztela pochodzi z Przygłowa. Jest
absolwentką IV Liceum Ogólnokształcącego im. Stefana „Grota” Roweckiego
w Piotrkowie Trybunalskim i piotrkowskiej Filii Uniwersytetu
Humanistyczno-Przyrodniczego Jana Kochanowskiego. Uczestniczyła w
warsztatach
literackich pod kierunkiem dr Danuty Muchy. Była członkiem SKN
Literatów. Debiutowała w „Tygodniu Trybunalskim” wierszem Ikar.
„Diamenty rosy” to poetycki debiut książkowy autorki
i tak też zatytułowano spotkanie. Podczas spotkania Pani Ewelina
chętnie opowiadała jak rozpoczęła się jej przygoda z poezją, co
rzutowało na twórczość i tematykę wierszy. Poetka czytała wybrane
wiersze i opowiadała w jaki sposób powstały. Zachęcała słuchaczy
do pisania pod każdą postacią i w każdym gatunku literackim.
Ochoczo odpowiadała na zadawane pytania. Spotkanie przebiegało w
miłej i serdecznej atmosferze. Uczestnicy z zaciekawieniem słuchali
autorki, która podarowała im swoje tomiki wierszy wraz z
dedykacją. Miłym gestem podziękowania była róża i skromny upominek
wręczony
autorce. Ewelina Misztela podziękowała za miłe przyjęcie w murach
naszej placówki. Całość zakończył słodki poczęstunek.
GALERIA
Z łezką w oku wracam to tamtego dnia, było tak miło, inspirująco i wzniośle. Z drugiej strony słodko i wykwintnie. Pierwszy raz przyszłam tam mając może siedem lat. Dziesięć lat później wypożyczałam tam ulubionych poetów, by potem tworzyć w domowym zaciszu pierwsze próby literackie.Dlatego też, jestem podwójnie wzruszona tym, iż miałam możliwość, być tam i delektować się niezapomnianą atmosferą tej małej, ale wielkiej biblioteki.
sobota, 18 października 2014
poniedziałek, 19 maja 2014
Mania czytania
Moja Niunia zasmakowała w książeczkach. Na szczęście tylko w przenosni.
Wczoraj, na dobranoc przeczytaliśmy 10 książeczek.
Dzisiaj, również na dobranoc: osiem, jednak ostatnia to było długie opowiadanie, raczej dla przedszkolaków.
Pamiętam, jak bardzo chciałam zainteresować ją czytaniem, gdy miała rok czy półtora. Kończyło się obgryzaniem rogów, odrywaniem folii,chaotycznym przewracaniem kartek. Zastanawiałam się wtedy, jak czytać takiemu dziecku przez te zalecane dwadzieścia minut, gdy zainteresowanie dziecka uciekało po niespełna minucie. Zrezygnowana patrzyłam, jak biedne nowe książeczki po tygodniu od zakupu kończą swój żywot w stanie każda strona oddzielnie.
Potem przyszedł czas na pokazywanie: gdzie jest kotek? jak robi kotek? Mało czytania, więcej fascynacji ilustracjami.
Niedawno zaczęła słuchać z zainteresowaniem, nadal opowiadamy co widzimy na ilustracjach, często wyprzedza bieg wydarzeń, gdy już dany tytuł był czytany wcześniej i książeczkę na jej poziomie przerabiamy od początku do końca.
Dzisiaj czytaliśmy trzy razy po kilka książek, ja gdy czytam trzydziesty raz tę samą bajkę mam ochotę wykupić wszystkie nieznane nam tytuły, byle przerobić coś nowego, a ona za każdym czytaniem tego samego, utrwala sobie, kojarzy, przypomina, coraz więcej rozumie z tego co czytam.
Opowiadania dla dwulatka zamówione, prawie pięćdziesiąt stron. Będzie co czytać (nowego).
Wczoraj, na dobranoc przeczytaliśmy 10 książeczek.
Dzisiaj, również na dobranoc: osiem, jednak ostatnia to było długie opowiadanie, raczej dla przedszkolaków.
Pamiętam, jak bardzo chciałam zainteresować ją czytaniem, gdy miała rok czy półtora. Kończyło się obgryzaniem rogów, odrywaniem folii,chaotycznym przewracaniem kartek. Zastanawiałam się wtedy, jak czytać takiemu dziecku przez te zalecane dwadzieścia minut, gdy zainteresowanie dziecka uciekało po niespełna minucie. Zrezygnowana patrzyłam, jak biedne nowe książeczki po tygodniu od zakupu kończą swój żywot w stanie każda strona oddzielnie.
Potem przyszedł czas na pokazywanie: gdzie jest kotek? jak robi kotek? Mało czytania, więcej fascynacji ilustracjami.
Niedawno zaczęła słuchać z zainteresowaniem, nadal opowiadamy co widzimy na ilustracjach, często wyprzedza bieg wydarzeń, gdy już dany tytuł był czytany wcześniej i książeczkę na jej poziomie przerabiamy od początku do końca.
Dzisiaj czytaliśmy trzy razy po kilka książek, ja gdy czytam trzydziesty raz tę samą bajkę mam ochotę wykupić wszystkie nieznane nam tytuły, byle przerobić coś nowego, a ona za każdym czytaniem tego samego, utrwala sobie, kojarzy, przypomina, coraz więcej rozumie z tego co czytam.
Opowiadania dla dwulatka zamówione, prawie pięćdziesiąt stron. Będzie co czytać (nowego).
Subskrybuj:
Posty (Atom)


